|
|
|
|
1000 km Wisłą z Oświęcimia do Bałtyku Po 20 latach rozmyślań, popłynąłem wreszcie kakiem Wisłą do Bałtyku. Dotychczasowa niemożność urzeczywistnienia tego planu okazała sięmoim najdłuższy wykrętem. Czasem sukcesem jest właśnie coś rozpocząć i wcale nie było to trudne, choć zalecam dobrze się do takiej wyprawy przygotować, szczególnie jeśli zamierza się płynąć samemu. Pływanie w towarzystwie może być przyjemne, pod warunkiem właściwego dobrania się, ale to zupełne odmienne przeżycie. W wyprawach indywidualnych konfrontowana jest wiarę we własne możliwości z ich rzeczywistym poziomem. W każdej chwili istnieje realne ryzyko przecenienia się. Powiedzenie, że głupi ma zawsze szczęście nie jest ani mądrością ludową, ani nie jest regułą, gdyż odnosi się jedynie do tych nielicznych, którym szczęście dopisało, co się czasem zdarza. Sztuką przetrwania jest czasem wycofać się z czegoś we właściwym momencie, a nie przeć w obszary ryzyka, dla którego nie można znaleźć w danym momencie żadnego racjonalnego uzasadnienia. W kontekście spływu Wisłą moje wywody mogą wydawać się przesadne, ale to nie wiślana woda jest zagrożeniem, a człowiek sam dla siebie. Wisła jest dużą, ale nie łatwą rzeką, tzn nie taką, na której po prostu zwodujesz kajak i płyniesz przed siebie środkiem nurtu, mając zawsze przysłowiową stopę wody pod kilem. Wisła znacznie poszerzy twoje wyobrażenie o morfologii rzek, gdyż nie jest wyłącznie rzeką wody, lecz również rzeką piasku i paradoksalnie to on jest jej dominującym żywiołem, z którym przyjdzie ci się zmierzyć.
W moim odczuciu Wisła jest przez to rzeką podwójnie fascynującą i m.in. dlatego uznaję ją za bezkonkurencyjną i intrygującą piękność, nie tylko naszych wód. Ta ocena nie odnosi się do całej Wisły, na pewno jednak do wrażenia jakie wywołuje u człowieka, który stworzy sobie okazję by ją lepiej poznać. Wisła jest rzeką reliktem, gdyż udało się jej uniknąć losu większości dużych, europejskich rzek, które zostały całkowicie uregulowane i tym samym odebrano im ich pierwotną tożsamość. Wisła pozostała na długim odcinku rzeką dziewiczą, głównie w jej środkowym biegu i dlatego nie popłyniesz nią dwa razy w ten sam sposób. Jej wody bezustannie rzeźbią w piaskach nowe wariacje na temat swego koryta, które jest w ciągłym ruchu, jak wydmy....
Choć może trudno w to uwierzyć, ta nasza, największa rzeka bywa nierzadko zbyt płytka, by można było miejscami przepłynąć choćby kajakiem. Trzeba wtedy wysiąść z kajaka i przespacerować się rzeką z kajakiem na smyczy. Jednak Wisła ma swoje tajemnice i jeśli jest się dostatecznie cierpliwym, można je wszystkie poznać. Czasem opuszczenie kajaka na mieliźnie jest nie możliwe, gdyż noga natychmiast zapada się w piasku dna. To tajemnica „podwójnego dna Wisły” tzw. miałka. W takim przypadku należy podjąć próbę wycofania się lub ostatecznie wiosłowania w piasku, co kosztuje jednak sporo energii i może się skończyć nadwyrężeniem nadgarstków. Dlatego fundamentalną umiejętnością w pływaniu po Wiśle, jest jak najszybsze nauczenie się czytania jej specyficznej wody, często zaledwie subtelnych niuansów na jej powierzchni, które decydują o doświadczeniu wiosłowania lub mielizny...
![]() Po obligatoryjnych wpadkach da się jednak rozszyfrować tę nieustannie kokietującą z tobą rzekę. Wisłą (środkową) nie popłyniesz nigdy na wprost, lecz zawsze wężykiem pomiędzy wyspami, ławicami piasku, płyciznami i mieliznami. Takie halsowanie oznacza co prawda dodatkowe kilometry, ale Wisła rekompensuje to nawiązką estetycznych doznań, a przede wszystkim nigdy nie zaznasz na niej uczucia nudy, której dostarczyć ci mogą w nadmiarze inne wielkie rzeki, którymi płyniesz wygodnie, bez przeszkód, po prostu przed siebie. Wisła to zagadka, labirynt i trochę loteria, gdzie drogę przed siebie musisz dopiero odnaleźć i prawie nigdy nie jest nią najkrótsza droga. Ta rzeka wymaga stałej na niej koncentracji i obserwacji zjawisk jeszcze daleko przed dziobem kajak...
Wisła to również rzeka, która pomimo wszelkich zdobytych przez ciebie umiejętności jest w stanie pokrzyżować ci plany, jak chyba żadna inna w Polsce, tak jak mnie zatrzymała po 633 km w Płocku. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takich fal na rzece. To były warunki znane mi dotychczas tylko ze sztormów na morzu. Czas uciekał, a prognoza pogody zapowiadała dalsze jej pogorszenie. Przede mną jeszcze ok. 400 km rzeki i wściekle spieniony zbiornik włocławski. To ten moment, kiedy zdecydować musisz czy pchać się uparcie w niepoznane dotąd obszary ryzyka, czy zrezygnować. Zdecydowałem odłożyć wiosło i nie poczułem się pokonany, gdyż nie o wyczyn mi chodziło, a o przygodę, a dopóki Wisła płynie, zawsze jest szansa dokończyć podróży lub nawet popłynąćod początku. Już teraz mogę powiedzieć, że Wisła to moja najwspanialsza i najbardziej pouczająca przygoda kajakowa, do której gorąco zachęcam wszystkich wodniaków. Kto nie płynął, przynajmniej środkową Wisłą, ten nie potrafi wypowiedzieć się w pełni o naturze i urokach Polskich rzek. Doprawdy nie myślcie o Amazonkach, byłem tam, to nuda. Koniec cz. I spływu.
![]() Płock - 633km
Dopiero po dwóch latach udaje mi się kontynuować przerwany w Płocku spływ Wisłę. Byłem tu już wcześniej w październiku, by dokładnie po roku dokończyć spływu, lecz utrzymujące się do samego południa mgły uczyniły start bezsensownym. Mogłem co prawda wiosłować w mleku, ale dziś wiem, że sporo ryzykując pozbawiłby się doznań fascynujących krajobrazów. Tym razem miało się jednak udać. Zanim dalej o rzece Wiśle, to wpierw pokonać należy Zbiornik Włocławski, który rzeką nie jest. To raczej duże, długie jezioro, zagrodzone zaporą, na którym często wieje i równie często z północy, co dla licznych żeglarzy może nie mieć znaczenia, natomiast dla kajakarza tak. Pomimo przeciwnego wiatru i niemałych fal, podjąłem tym razem wyzwanie, które było namiastka mojego morskiego doświadczenia w tym miejscu sprzed dwóch lat i być może dlatego zbiornik tym razem wydawał mi się fraszką.
![]() Zbiornik nieoczekiwanie okazał się jednym z krajobrazowych superlatywów całego spływu, ale dotyczy to jego wysokiego, prawego brzegu. Bardzo niewiele tu miejsc do lądowania, bo brzegi bywają po prostu urwiste, lecz absolutnie polecam spływanie prawą stroną zbiornika, a już obowiązkowo jego drugą połowę.
![]() Wisły powraca za zaporą we Włocławku (szczegóły praktyczne pokonania zapory znajdziecie w opisie technicznym spływu).
Ten drugi etap mojego spływu Wisłą do morza różnił się dość istotnie od tego pierwszego. O ile wtedy płynąłem zorientowany wyłącznie na naturę, nocowałem na dziko i jadłem to co sobie upichciłem lub „upolowałem” ...
... o tyle teraz płynąłem szlakiem historycznych, wiślanych grodów: Płock, Włocławek, Toruń, Bydgoszcz, Grudziądz, Tczew, Gdańsk, które były moimi kolejnymi, dziennymi etapami i przeważnie na ich przystaniach rozbijałem się na noc. Kulinarnie było też raczej ala de volaille. Nie oznacza to, że pomiędzy tymi miastami nie było dzikiej natury i również tym razem mogłem z powodzeniem grać Robinsona C., ale od początku, ten etap okazał się być bardzo towarzyski. Było lato i okres wakacji. Przed dwoma laty, w październiku, nie spotkałem na wodzie nikogo. Tym razem było inaczej. Tuż za Włocławkiem zabrała się ze mną na stopa dorodna Troć Wędrowna...
![]() Nieco dalej na horyzoncie pojawił się jakiś wodniacki konwój. Po podpłynięciu, okazało się, że to moje ziomki ...
... harcerze z Rudy Śl., Katowic i Rybnika. Po jakimś czasie wspólnego dryfowania i raczenia się herbatnikami, ponownie przyłożyłem się do wiosła, bo do morza wciąż jeszcze daleko. Po drodze spotykałem dalszych wodniaków na żaglówkach i jachtach motorowych, kajakarzy na krótkich wyprawach i licznych wędkarzy. Pod Tczewem nocowałem w obozowisku ornitologów, gotowałem pierogi w jachcianej kuchni pierwszej turystycznej „Żeglugi Wiślanej”, piłem herbatkę na łajbie-samoróbie emerytowanego kapitana żeglugi morskiej i w budzie z promowym pod Kwidzyniem, któremu prom ugrzązł w wiślanych piaskach. Najciekawszym jednak wydarzeniem towarzyskim było spotkanie ze starszym panem z Gdyni, płynącym supermarketowym pontonem z kolorowym parasolem przeciwsłonecznym, który przy sprzyjających wiatrach funkcjonował jako żagiel...
Okazało się, że tym zestawem opłynął już całą Polskę. Zmierzał również do morza i nie po raz pierwszy. Przyznał, że zdarza mu się przysnąć w pontonie, a nurt niesie go przed siebie. Czasami budzi się w przybrzeżnych krzakach, albo na mieliźnie. Nie ma tu barek, jazów ani śluz. W zasadzie to od Włocławka da się tak przekimać do samego morza. Ma on ponoć chore serce i lekarz nakazał mu leżenie. Tak więc leży on sobie na środku Wisły, zagryza ziemne orzeszki i gwiżdże z wiatrem oraz na wyroki specjalistów.
Pogoda sprzyjała, kilometrów szybko ubywało, a przybywało nominalnie na nielicznych tablicach kilometrażowych. Padały kolejne setki; 700, 800, wreszcie 900. Tablicy z 1.000 nie będzie. Z Tczewa to już tylko 40 km do morza. Trzeba będzie za moment zadecydować jak rozegrać finał. Dylemat sam się rozwiązał na wysokości śluzy w Przegalinie, skąd w oddali widać już ujście Wisły i odczuwalne jest wyraźnie falowanie morza. Nie miałem już wątpliwości, tylko przekopem i wszystkim ten wariant finału polecam.
![]() Magiczna granica Wisły i morza, to rezerwat przyrody „Ujście Wisły”. Na morzu przywitała mnie nieco zdumiona foka. Spotkania z nim nie należą tu do rzadkości. Właśnie m.in. dlatego to rezerwat i nie wolno tu lądować. Moim zdaniem to krajobrazowo chyba najciekawszy i niepowtarzalny fragment polskiego wybrzeża.
Z ujścia Wisły przeciąłem Zatokę Gdańską do ujścia Wisły Śmiałej i zakończyłem spływ w Jachtklubie Gdańskim. Pewnie zdecydowałbym się na spontaniczne wydłużenie mojego spływu o linię brzegową Bałtyku, lecz przyznam się, że wtedy nie do zniesienia bolały mnie już „cztery litery” i nie mogłem wysiedzieć w kajaku. Tego się nie spodziewałem. To taka właśnie okoliczność, która niebagatelnie poszerza zakres indywidualnych doświadczeń. Okazuje się, że jednak dupa to najważniejsza część kajakarza.
![]() Ahoj
Grzegorz
|