Drukuj

MORAVICA NOWALIJKOWYCH WODNIAKÓW

Nasz spływ rozpoczynaliśmy w sobotę rano. O godzinie 08:30 wyruszyliśmy z Raciborza do naszego upragnionego celu jakim była czeska wieś Krużberk nad Moravicą w rejonie Opawy. W drodze pogoda spłatała nam figla i zrobiło się nieciekawie, jednak gdy dotarliśmy już na miejsce pogoda diametralnie się zmieniła. Przewidywania Grzesia się sprawdziły i zrobiło się pięknie, a i na naszych twarzach „rozjaśniło się”. Wreszcie nadszedł czas wypłynięcia, na który tak długo czekaliśmy...

 

Nową rzeczą było dla nas Kanu, ale myślę, że możemy już powiedzieć, iż daliśmy spokojnie radę tej „łodzi prawie transportowej” i z biegiem czasu szło nam coraz lepiej. Nie można zapomnieć o naszym opiekunie Grzesiu i Pawle, którzy byli przy nas od początku, wspierali i dawali rady jak dać radę. Po jakimś czasie zrobiliśmy sobie przerwę, na której nasz kochany opiekun pozwolił nam napełnić (tylko) baczki „czeskim napojem”...

Dostaliśmy od niego lekcję z praktyki jak i teorii. Myślę, że nasz „nauczyciel” się nie zawiódł i mógłby nam wystawić pozytywną ocenę, ale już następne wydarzenie pozwoliło nam zakosztować kąpieli w zimnej wodzie... 
 
 
Lecz my twardzi zawodnicy, nie daliśmy się złamać żywiołom i z odrobiną pomocy udało nam się wyjść na prostą. Tak to znów byliśmy górą. Tego też dnia, koło 17:00 dopłynęliśmy do naszej noclegowni czyli pola namiotowego w Podhradi ...
 
  
Mokrzy, ale w dobrych humorach zaczęliśmy szukać miejsca do rozbicia namiotu, bo ludzi na Moravicę przybyło sporo i mogliśmy iść się posilić do lokalnej hospudki "Koloba". Po kolacji usiedliśmy sobie na tarasie gdzie grzaliśmy się pijąc oczywiście herbatę. Nie mogło zabraknąć dobrej zabawy. Mimo wieczornego chłodu wszyscy bawili się rewelacyjnie. Nieco później udaliśmy się na ognisko. Wieczorem widok jaki ujrzeliśmy był przepiękny. Wszędzie rozpalone ogniska, wokół których było mnóstwo ludzi - śpiewy, zabawy, pełen relaks. W oddali namioty jeden obok drugiego, a na niebie gwiazdy. Czy można chcieć więcej. Rankiem zaczęliśmy się pakować, by móc przed południem wyruszyć w dalszą podróż. Około południa w pięknym słońcu opuszczaliśmy pole namiotowe. Płynąc mijaliśmy piękne krajobrazy, góry, drzewa, wszystko pięknie skomponowane z przyrodą...
 
 
Ominęliśmy wielki jaz tzw „śmiertelniaka”, przenosząc kanu lądem i dalej płynęliśmy już bez przeszkód (prawie). Za nami płynęło wiele kajaków, kanadyjek i pontonów, Czesi z całymi rodzinami, jak i sporo Polaków - niecodzienny widok. I tego dnia nie mogło zabraknąć niespodziewanek. 
 
 
Jedna z nas zaliczyła „bum” do wody. Było trochę mokrego strachu, ale nic poza tym. Tych wrażeń, nikt nam nie odbierze. Przeżyliśmy coś, co pozostanie miło w naszej pamięci.
Myślimy już o następnym wypadzie i miejmy nadzieję, że pogoda znowu wypali, a przygoda będzie pewna - jak to na Moravicy.
 
Moravicowe nowalijki: Justyna, Basia, Ania i Tomek